Minimalizm jest passe!

Nigdy nie byłam zwolenniczką pustych ścian i bibliotek zamkniętych w szafie pokrytej jednolitym laminatem. Ascetyczne sofy bez poduch, pozbawione życia kuchenne blaty, wszelkie kolekcje upchnięte do szuflad to nigdy nie była moja bajka. Rozumiem, że są ludzie, którym odpowiada taki styl i najlepiej czują się w tego rodzaju aranżacjach. Z pewną satysfakcją jednak odnotowałam, że skrajny minimalizm zdecydowanie odszedł do lamusa. Na blogach wnętrzarskich, profilach instagramowych i Pintereście królują mieszkania, domy, restauracje i hotele urządzone z wyraźnym komunikatem: tu mieszkają/przebywają LUDZIE. Prawdziwi ludzie, z krwi i kości. Tacy, którzy czytają, słuchają muzyki, zagapiają się na obraz na ścianie. Tacy, którzy lubią oprzeć się o poduszki, a na nogi narzucić pled. Ludzie, którzy mają rośliny, bibeloty, kolekcje, sprzęty do odtwarzania muzyki, ulubione kubki, stertę gazet, butelkę z wodą mineralną, zdjęcia dziadków.

Domy bez tego wszystkiego zdają mi się pozbawione życia i ducha indywidualności. Dlatego nie wyobrażam sobie życia bez tego wszystkiego, co sprawia, że nasze domy są wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, unikalne. Uwielbiam wszelkie półki, półeczki i witrynki, które pozwalają mi na wyeksponowanie rzeczy dla mnie ważnych – kolekcji płyt, ulubionych książek, pamiątek z podróży, roślin doniczkowych, ramek ze zdjęciami z wakacji.

A zatem – minimalizm jako sposób na unikanie przeładowania? Okej, jestem za. Ale ten sam minimalizm jako chęć schowania wszystkiego, co sprawia, że nasz dom żyje? To nie dla mnie.
A jakie jest Wasze zdanie?

Komentarzy: 1
06 października 2017

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *