Noworoczny detoks!

Nie wiem jak Wy, ale ja znów się nie dopinam w ulubionych dżinsach. Ktoś może powiedzieć: bez przesady! Przecież to raptem dwa i pół dnia obżarstwa! Za mało, by wskazówka wagi wykazała coś więcej niż skromny kilogram, możliwy do zrzucenia za pomocą dwóch dni umiarkowania.
No więc niestety u mnie świąteczne nabieranie masy to proces wieloetapowy. Najpierw tydzień gotuję. Gotuję, a gotując smakuję. Czy wszystkiego dałam tyle, ile powinnam. Potem wraz z rodziną siadam za świątecznym stołem i degustuję. Gdy skończymy zostaje cała „resztek”, które konsumujemy sobie wesolutko aż do Sylwestra. W Sylwestra znów na stół wjeżdża wielka uczta, w Nowy Rok cierpimy na syndrom hucznej imprezy dnia poprzedniego, a wtedy wiadomo – najlepiej coś tłustego. Wyznam szczerze, że dla mnie okołoświąteczna rozpusta jest rzeczą nie nieodzowną. Tyle pysznych rzeczy, jak można ich sobie odmawiać? 🙂

Jednak drugiego stycznia nadchodzi moment opamiętania. Ponad dwa tygodnie dogadzania sobie nie pozostaje bez echa dla ciała. Nie szkodzi. Ogarniemy.

Dziś w sklepie łaskawszym okiem spoglądam na warzywa i owoce. Choć zima nie jest sezonem obfitości dla zieleniny, to jednak wciąż można do woli używać na warzywach korzeniowych (sałatka z pieczonym burakiem i serem kozim, pieczona marchew z orzechami), kiełkach i strączkach. A potem przebieżka. Taka, by się dobrze spocić, zmęczyć, poczuć dobroczynną moc endorfin (to nie legenda, one naprawdę istnieją!).
A jeśli bieganie na zimnie niekoniecznie jest tym, co cię kręci, nie ma sprawy. Jest przecież tyle sposobów by wymęczyć ciało i zrobić dobrze duchowi i nie marznąć ani chwili. Joga? Pilates? Crossfit? Zumba?
Sky is the limit!

 

Komentarzy: 0
03 stycznia 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *